svg
Close

By piotrzientara July 31, 2026 In Philosophy, SciFi

Lem vs. Braun. Rozmowa, której się nie spodziewałem

Wpadłem ostatnio na nagranie z „Telewizyjnych Wiadomości Literackich”, wywiad Grzegorza Brauna ze Stanisławem Lemem. Pięćdziesiąt pięć minut. Lem siedzi w fotelu, ma już te „przekręcone w głowie” lata, ale głowę całkiem sprawną. Braun pyta jak ktoś, kto chce go przyłapać, i właśnie to spotkanie dwóch tak różnych temperamentów zrobiło z tego materiał, do którego ciągle wracam.

Dzisiejszy Braun jest postacią, do której wiele osób ma stosunek mocno emocjonalny. Łatwo zapomnieć, że dwadzieścia parę lat temu jeździł po Polsce z kamerą i rozmawiał z najciekawszymi rozmówcami, jakich można było wtedy dorwać. To jest jeden z tych wywiadów.

Poniżej: moja redakcja transkrypcji (auto-napisy YouTube zostawiają sporo do życzenia, najgorsze przekłamania zostawiłem w [kwadratowych nawiasach]), poprzecinana moimi komentarzami.

Uwaga techniczna: transkrypcja pochodzi z auto-napisów YT. Lem mówi szybko, z lwowskim zaśpiewem, sporo nazwisk i obcojęzycznych wtrętów. Tam, gdzie automat się gubi, gubi się też mój tekst. Cytaty traktujcie jako parafrazy bliskie oryginałowi, nie jako zapis sądowy.

1. „Kiedy byłem młody, czytałem wszystko” (00:00–02:00)

LEM: Jak byłem młody, to czytałem wszystko, bo chodziłem do pewnej lwowskiej wypożyczalni [tu YT się zgubił]… Komputer jest bardzo wygodny. W pewnym momencie [trzeba było] coś powiedzieć na ten temat. To jest książka autobiograficzna, jako materiał, niewolników. [Wojaczek dzisiejszy] już nie jest [czytany].

BRAUN: Pudełko? Czy możemy [ujść do filmu], proszę…

LEM: Uważam, że każdy normalny człowiek przez pewien czas życia robi coś, co jest jego zawodem, a potem może zmienić zawód, zainteresowania, sławę, albo też okoliczności towarzyszące tej działalności [się] mieszają. I po prostu ja się przekonałem, że dużo z tego, co było czystą moją fantazją, takim nieodpowiedzialnym pławieniem [się w wyobraźni], stało się rzeczywistością. Często dość urealnioną. To był jeden z powodów [zarzucenia pisarstwa].

Komentarz. Otwarcie jest zwodnicze: wygląda na rozgrzewkę pamięci, a w istocie streszcza tezę, którą Lem rozwijał już w „Fantastyce i futurologii” (1970) i wraca do niej w „Bombie megabitowej” (1999): pisarz fantastycznonaukowy żyje z dystansu między wyobraźnią a światem, i kiedy ten dystans zostaje skasowany (nie przez kapitulację autora, tylko przez przyspieszenie świata), zawód po prostu znika. „Summa technologiae” projektowała ewolucję techniki jako kontynuację ewolucji biologicznej, w której selekcjonerem jest poznanie. Trzy dekady później Lem patrzy w gazetę i widzi, że selekcjonerem został rynek, a kierunek, który opisał, został podmieniony bez jego zgody. To nie jest „kryzys twórczy” w sensie sentymentalnym: to jest strukturalna utrata zawodu, podobna do tej, której doświadczyli rzemieślnicy w epoce maszyn parowych.

2. „Nie wierzę, żeby ziemska kula skolonizowała Marsa” (02:00–05:00)

LEM: …a drugi [powód] był po prostu taki, że na świecie zaczęło się dziać tyle ciekawych rzeczy, że [trudno było] ścigać się z tymi [wyścigami] dalszej fantazji czy też wyobraźni. Zaczął czytać więcej [tekstów] naukowych. Już [aluzje] językowe stały się zbędne. Walka (typowo prowadzona [z] władzą) stała się niepotrzebna. Pozostały na przykład takie [czynności] jak podpisywanie jakichś deklaracji, których nikt nie słucha.

[Kiedy] Miłosz prosił mnie, żebym z [nim] podpisał [rezolucję] przeciwko wojnie [czeczeńskiej], podpisałem. Żadnego znaczenia [to nie miało]. Czynności, które przestają wychodzić, albo z mody, albo są jałowe. Na przykład nie pisałem [tekstu] [na ten temat], bo ja nie wierzę w to, żeby ziemska kula mogła swoim wysiłkiem skolonizować Marsa. A to, co uważam za pozbawione głębszego znaczenia i sensu, [to] uważam, najrozsądniej jest milczeć.

BRAUN: Felietony to nie…?

LEM: Ja wiem, wszyscy się rzucą na te [felietony]. To nieprawda. Napisałem [„Okamgnienie”] po prostu jako konfrontację moich starych (sprzed 40 lat) wizji, fantazji, marzeń z rzeczywistością. To było trochę tak (powiedzmy sobie) [jakby] się pisze przewodnik po górach: wtedy napisałem [i] opisałem Himalaje czy Alpy, ale to nie znaczy, że oczekiwałem, że każdy, kto wlezie na wszystkie szczyty. To było do wyboru. Ale nie przypuszczałem, z drugiej strony, że ludzie zaczną się pchać tam, gdzie jest najmniej ciekawe miejsce. Albo też będą wykorzystywali to w sposób, który jakoś urąga (jak to) dobremu wychowaniu. To nie jest dobre określenie, ale nastąpi taka komercjalizacja.

Komentarz. Metafora przewodnika górskiego jest u Lema gęstsza, niż się zdaje. „Summa technologiae” i „Fantastyka i futurologia” projektowane były jako mapy trudnych dróg rozwoju: fantomatyka (dziś: VR), inteligencja bezcielesna (dziś: AI), ewolucja sterowana (dziś: CRISPR). W 1964 Lem zakładał, że cywilizacja pójdzie tymi drogami, bo są intelektualnie najciekawsze. Trzydzieści pięć lat później widzi, że cywilizacja wybrała każdą z tych ścieżek w wariancie najtańszym energetycznie: VR jako pornografia, AI jako asystent ekspedycji zakupowej, biotechnologia jako serwis patentowy. To nie jest zawód estety: to jest empiryczny wniosek, że ewolucja kulturowa działa selekcyjnie podobnie do biologicznej: wybiera nie tego, co najlepsze, tylko tego, co najszybciej się powiela.

Drugi wątek (odmowa wypowiadania się tam, gdzie milczenie jest poznawczo uczciwe) wpisuje Lema w linię, którą można cofnąć aż do tractatowego „o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć” i Pascalowskiej diagnozy o niezdolności do siedzenia samemu w pokoju. Ale Lem nie odmawia mówienia z mistycyzmu; odmawia z bilansu epistemicznego. O kolonizacji Marsa nie wiem nic ponad to, co wszyscy, a nadwyżki produkować nie zamierzam. Niewykonalne dziś niemal dla nikogo.

3. „Szmal jest naszą gwiazdą przewodnią” (05:00–08:00)

LEM: Ja myślałem, kiedy pisałem „doścignąć i prześcignąć naturę”, miałem na myśli oczywiście imitowanie zjawisk życiowych, to znaczy będziemy dokonywać plagiatów zjawisk życiowych. I teraz mam tutaj na biurku ostatni numer „American Scientist”, właśnie mówi się o tych mikromaszynach atomowych. No to już nie mogę o tym pisać, bo ja właściwie nie jestem stuprocentowym realistą, muszę wybiegać w jakieś inne wymiary, prawda. To jest jedno.

A drugie jest takie, że właściwie szmal jest tym naszą gwiazdą, [znaczy] powszechnie przewodnią. Oraz ewentualnie jeszcze sprawa politycznych antagonizmów. Teraz Amerykanie razem z [Izraelitami] nawet zbudowali super laser do strącania nieprzyjacielskich [rakiet]. Ale to też nie [dla mnie], to już [jest] więc o tym, co jest, to niech piszą inni. A ja się zastanawiałem nad tą dalszą przyszłością, i ona się teraz zamgliła, ponieważ stoimy na kolos[ie]…

Komentarz. Formuła brzmi prawie marksistowsko, ale Lem prowadzi tu zupełnie inny argument. Marks pytał, kto przejmuje wartość; Lem pyta, kto wyznacza horyzont poznawczy. Odpowiedź jest niedialektyczna i prosta: ten, kto finansuje. Skutkiem nie jest wyzysk pracownika, tylko kompresja czasu cywilizacyjnego. Projekty, których zwrot wykracza poza horyzont kwartalny, znikają z mapy nie dlatego, że są niemożliwe, tylko dlatego, że są bezpańskie. Argument bliższy Karlowi Polanyi’emu („The Great Transformation”, 1944) niż Marksowi: rynek nie tyle wyzyskuje, ile przesłania alternatywne kryteria selekcji.

Patrząc z 2026 roku można dopisać do tej diagnozy empirię, której Lem jeszcze nie znał: fuzja jądrowa czeka od dekad nie dlatego, że jest nierozwiązywalna, ale dlatego, że nie ma wystawcy faktury. Misje na Wenus skasowano, bo nikt nie wie, co tam sprzedać. Sześćdziesiąt lat po Apollo dyskutujemy nie nad architekturą bazy księżycowej, lecz nad modelem subskrypcji dla łazika.

4. „Ludzie lubią robić rzeczy szalone” (08:00–20:00)

[Tu Lem rozwija wątek nieprzewidywalności cywilizacji, mówi o sondach wbijających się w odwrotną stronę Marsa, o tym że człowiek ma w sobie genetyczną potrzebę robienia rzeczy bezsensownych. „To jest główny nasz esprit de corps, no tak właśnie jesteśmy. No co zrobić. Ja taki akurat nie jestem.”)

LEM: A ta polska proza nowa? No, jest jej bardzo dużo, trzeba powiedzieć. Mojego pytania nie ma w programie. No, Manueli Gretkowskiej wziąłem do ręki, ale [tam] się [na] męski narząd w stanie wzwodu [natknąłem] na pierwszych stronach i jakoś mnie to [zniechęciło]. Ja nie mam nic przeciw opisywaniu, ale nie przesadzajmy. To nie jest takie nowe, to już istnieje od ostatnich [czterystu] tysięcy lat, więc opisywanie tego (to mogę powiedzieć) na okładce już [wystarczy]. Widzę dość przystojne dziewczyny o takiej cienkiej szyi jak kurczę ma, ale żeby czytać to wszystko, to ja sobie na to nie mogę pozwolić.

Jedyna rzecz, która mi się spodobała (ale to nie jest kwestia wieku, oczywiście), to były „Sołowieckie zapiski wilka”, które były najpierw w paryskiej „Kulturze”, a potem w książce. Ja bym dał [nagrodę], no, ale to jest, to nie jest moja [sprawa], ja nie mogę rozdzielać nagród.

A jeszcze pan tak pięknie mówił o języku w tej nowej prozie. No, więc to są wysiłki zrozumiałe. To jeszcze zaczęło się za nieboszczyka Marka Hłaski [?], to oni pisali rozmaite szalone rzeczy i przepuszczali przez maszynkę do mielenia mięsa. Po prostu wchodziło i [coś tam] wychodziło stamtąd. No ale [Bereza] jest pewien cenny i starszy krytyk, który się nazywa [Henryk] Bereza, i któremu się to szalenie podoba. Ale on jest okropnie odosobniony. Nie znam nikogo absolutnie, kto by to był w stanie od początku do końca [czytać]. On ma jednak za sobą wielkie osiągnięcie, bo on to potrafi czytać, on się rozkoszuje. Oczywiście, że to, mnie się nie wydaje, żeby to mogło znaleźć [czytelników], niestety. Ale są rozmaite studia, są gry, są sponsorzy. Którym jest wszystko jedno, a żeby odpisać od podatku pewną kwotę, on się zgodzi, żeby coś takiego wyszło.

Otóż nie można powiedzieć: żeby proza mogła być na własnych nogach, to autor musi mieć jakieś doświadczenie życiowe. W tym sensie trywialnym, że opisuje to, co przeżył, tak jak to na przykład (ja wiem) w „Zaklętych rewirach” [Hłaski / Hena], bardzo dobrze [to] zrobione. Ale [także] w tym sensie, że ja zawsze mówię: krowa zjada trawę, trawa jest zielona i dla nas zupełnie niejadalna, natomiast można wydoić z niej mleko i zrobić [sery]. Francuzi zrobili 600 serów. Otóż nie można powiedzieć, że krowa jest bezpośrednio odpowiedzialna za to. I to Berent miał na to oko i ucho. Rzeczywiście, taki jest dramat sztucznego tworu, jakim jest inteligent polski. Prawda. Inteligent, co to jest takiego? Potem wymyślono nowe stworzenie, które się nazywa intelektualista. Prawda, nie bardzo wiadomo, co to jest takiego. Niektórzy są na etacie intelektualisty.

Komentarz. Fragment ma dwie warstwy, i obie są ciekawsze niż mogłoby się wydawać po pierwszym żarcie z Gretkowskiej.

Warstwa pierwsza dotyczy Henryka Berezy i jego „rewolucji artystycznej w prozie”, którą promował z łamów „Twórczości” od lat 70., kanonizując m.in. Redlińskiego, Andermana, Pilota, później Tokarczuk. Lem przyznaje Berezie, że ten potrafi czytać prozę, której nikt poza nim nie czyta, i właśnie ta asymetria jest dla Lema diagnostyczna. To co opisuje, to jest klasyczna autonomizacja pola literackiego w sensie Pierre’a Bourdieu („Les Règles de l’art”, 1992): pole produkuje wewnętrzne reguły prestiżu, oderwane od czytelnika, a krytyk i autor zaczynają wymieniać się legitymizacją po obwodzie zamkniętym. System grantów, „studiów, gier i sponsorów” (w istocie ulg podatkowych dla mecenasów) domyka pętlę. Literatura staje się rynkiem, który nie potrzebuje konsumenta.

Warstwa druga to słynna metafora krowy. Nie jest to tylko zgrabna figura, jest to inżynierska teoria fikcji, którą Lem rozwijał w „Filozofii przypadku” (1968): doświadczenie autora jest surowcem, nie produktem. Wacław Berent, z „Próchna” (1903) i „Oziminy” (1911), do których Lem nieprzypadkowo się odwołuje, robił dokładnie to: destylował polską inteligencję, zamiast ją kopiować. Józef Hen w „Zaklętych rewirach” (1956), bo to o niego chodzi, nie o Hłaskę, destylował świat kelnerów, kuchni hotelowej, doświadczenia konkretnego. Bez surowca dostajemy formalizm, „maszynkę do mielenia mięsa”, i jest to dokładnie ta sama wada, którą Gombrowicz piętnował w „Dzienniku”, mówiąc, że polski literat upozorowuje doświadczenie, zamiast je mieć.

5. „Nie watuje się dziur ignorancji religią” (22:00–26:00)

BRAUN: Żadnego ratunku nie ma w tych pana tekstach, nie ma niczego. Ja nie widzę żadnego ratunku, bo przecież pan rygorystycznie odcina wszelką metafizykę od fizyki.

LEM: To są dwie różne sprawy. Po pierwsze uważam, że ani metafizyki (to znaczy wiary) nie należy podpierać empirią naukową, ani nauki wiarą. To są dwie różne dziedziny. Nie można watować, nie można religią [zalepiać] dziur naszej ignorancji czysto rzeczowej. To znaczy: na pytanie, jak jest urządzony wszechświat, ile ma wymiarów, można szukać odpowiedzi [równie dobrze] w Ewangelii, jak w Koranie. Zresztą to są kierunki [równoważne].

[Religia] jest społecznie potrzebna. Bardzo dobre zakończenie do kolejnej książki rozmów ze mną, którą prowadzi redaktor [Stanisław] Bereś, napisał [też] Jarzębski. On twierdzi, że ja się podaję za ateistę, [a] w samej rzeczy nim nie jestem, ponieważ [robię] wszystkie metafizyczne poszukiwania transcendencji, staram się jakoś znaleźć, ale nie znajduje jej w żadnym poszczególnym wyznaniu. Prawdopodobnie dlatego mam to poczucie silne, że gdybym się urodził, powiedzmy, w krajach islamu, to byłbym otoczony przez wyznawców Mahometa i Allaha, a gdybym się urodził w Indiach, to znowu jakieś tam [bóstwa], i tak dalej.

Więc jednym słowem, jakkolwiek możemy powiedzieć, że nauka się myli, to jednak ona swoje błędy potrafi do pewnego stopnia jakoś korygować. I jest tylko jedna właściwie fizyka, chociaż i fizycy oczywiście [się] zwodzą. Ale wyznań jest wiele i każde obiecuje, że jest jedynym. Więc tej jedności [u religii] przyznaję się, ja nie widzę żadnej takiej specjalnej jedności, która każe nam doprowadzić do tego, że musi nastąpić konwersja na daną wiarę z innej wiary.

BRAUN: Dobrze, ale w tej racjonalności (jeszcze raz powtórzę) najbardziej nieracjonalne wydaje mi się to u pana, że dalej chce się panu gadać, że chce się panu do tej ludzkości przemawiać, kiedy [pan tej ludzkości nie ceni].

LEM: Ja zawsze, na ogół, zajmowałem się tym, co ja pisałem. Bezpośrednim odbiorcą tego, co pisałem, była [strona] do pisania. A co się potem będzie działo dalej, to mało mnie zajmowało. Zwłaszcza kiedy w czasie stanu wojennego udało mi się uciec do Berlina Zachodniego, i tam już mogłem swobodnie rozwinąć skrzydła i pisać to, co mi się chciało. Jednym słowem: ja nie wybierałem sobie czytelników, ja nikogo nie chciałem ani pouczać, ani nawracać, ani nauczać. Tylko pisałem to, co było moją (powiedzmy) zabarwioną jakąś czasami humorem, czasami humoru [pozbawioną] emanacją mojej wyobraźni. Po prostu robiłem to, co potrafiłem.

Jak pan ma do czynienia, na przykład, z akrobacją parową i widzi pan piramidę Chińczyków, a na samym szczycie tej piramidy siedzi Chinka, która nogami podrzuca 16 filiżanek, to trudno się zapytać ją, jaki jest racjonalny sens podrzucania 16 filiżanek nogami, tak żeby one [nie] spadały. Każdy powinien robić to, co umie. A mnie się zdawało, że ja umiem pisać, przez pewien czas. Potem zaczęło mi się wydawać, że już trochę słabiej umiem, i przestałem. To jest właściwe podejście.

Komentarz. Wymiana zawiera trzy ruchy, z których każdy zasługuje na osobne potraktowanie.

Po pierwsze: pozycja Lema z „nie należy religią watować dziur ignorancji” jest praktycznie tożsama z NOMA (Non-Overlapping Magisteria), którą Stephen Jay Gould sformułował w eseju z 1997 i rozwinął w „Rocks of Ages” (1999). Lem prawdopodobnie nie znał wtedy Goulda, dochodzi do tego samego sformułowania niezależnie. Różnica metodologiczna jest ciekawa: Gould szukał rozejmu socjologicznego między dwoma światami, Lem stawia problem epistemologicznie. Nauka koryguje się przez falsyfikację; religie korygują się przez schizmy, czyli przez rozmnażanie kolejnych obietnic jednoznaczności. To dla Lema dowód, że są to dwa różne typy wiedzy o różnym mechanizmie aktualizacji, i właśnie dlatego nie wolno ich mieszać. Pozycja czystsza i mniej polemiczna od późniejszego Dawkinsa, bez nowoateistycznego triumfalizmu.

Po drugie: pytanie Brauna („najbardziej nieracjonalne jest to, że dalej chce się panu gadać”) jest klasycznym Schopenhauerowskim coup: to to samo pytanie, które Cioran zadawał sobie w „Sylogizmach goryczy” i które od strony pragmatycznej zadał Wittgenstein, na pewien czas rezygnując z filozofii. Jeśli świat jest taki, jaki Lem opisał, to po co o nim pisać? Lem odpowiada w sposób, który nie jest ani Schopenhauerowski, ani religijny, odpowiada przez odmowę uzasadnienia. Piszę, bo to umiem; akrobatka podrzuca filiżanki, bo to umie. Nie ma misji, nie ma uniwersalnego adresata, jest tylko techne. To brzmi pokornie, ale w istocie jest najbardziej radykalną z możliwych odpowiedzi, rozpinaniem własnej praktyki z każdej transcendentnej legitymacji.

Po trzecie: „potem zaczęło mi się wydawać, że już trochę słabiej umiem, i przestałem”. To jest empiryczna definicja końca zawodu, wewnętrzna, nie zewnętrzna. Lem przestał pisać prozę po „Fiasku” (1986); pozostały eseje i felietony. W polskiej kulturze literackiej taki gest praktycznie nie istnieje, w naszej tradycji pisarz pisze do końca. Lem mówi tu, że można nie pisać, i że to jest właściwe podejście. Cisza zawodowa jako forma intelektualnej higieny.

6. „Technologia jest autokatalityczna” (28:00–32:00)

LEM: To znaczy: to, co teraz czytamy [zebrane] w „Okamgnieniu”, to jest dla pana poza nawiasem. To jest [za] nawiasem [literatury] pięknej. Była pisana z asercji, prawda, jak [w] logice mówi się, z pełnym przekonaniem, że tak jest jak [piszę]. Była [tam] silna domieszka fantazji, która się potem sprawdziła. Byłem trochę [w] takiej sytuacji, jak (powiedzieć) w szklanej łodzi podwodnej, na pod[wodnej] głębinie oceanu. Potem wody zaczęły opadać. Ja się nagle patrzę i widzę, że jestem z tą moją łodzią na rzeczywistym gruncie [wyschłym]. To jest ta rzeczywistość: te wszystkie internety, te rozmaite (no) potężne, straszliwe konsorcja biotechniczne. Które przede wszystkim (albo to, co mnie dość przeraziło) patentowanie fragmentów ludzkiego genomu. Patentowanie rozumiane jako uzyskiwanie praw własnościowych do tego, co jest samą esencją naszej niepowtarzalnej biologicznej jednorazow[ości]. Więc to mnie zasmuciło, przyznam się.

BRAUN: Ale przecież znamy z historii cywilizacje, [które] umarły, cywilizacje, które przykrył dosłownie piach. Czy to nie powinno pana uspokajać?

LEM: Nie bardzo. Dlatego, ponieważ technologia ma własności autokatalityczne. Jak się jedną, dokona jakiegoś odkrycia i wdroży się, tak jak internet, to ono z kolei zaczyna pączkować [z] towarzyszącymi jakimiś [zjawiskami]. I pojawiają się [coraz] olbrzymie produkcyjne rozlewiska, które przynoszą [dochód]. Dochodzi do sytuacji, w której Microsoft usiłuje zmonopolizować rynek elektroniczny, a rząd amerykański [chce go] rozciąć na trzy kawałki jak smoka, a Bill Gates broni się oczywiście adwokatami za miliardy dolarów przeciwko temu. To są te [boje] już wywołane samą sprawnością i tą akceleracją postępów, ciężkie boje.

BRAUN: A po czyjej pan jest stronie: po stronie smoka, czy Świętego Jerzego Billa Clintona?

LEM: Nie mogę być po stronie smoka. Ale rozumiem, że po prostu są pewne zjawiska, takie na przykład jak rozpętanie mimowolnie przez ludzi ocieplenia klimatu, na które nie mamy żadnego wpływu. To znaczy wszyscy mogą narzekać, od [mamy] suszy teraz, ale to jest jedna z wypadkowych. A w Ameryce są huragany, tajfuny, trąby powietrzne. To są zjawiska przyrody, wobec których jesteśmy [drobiną cieńką]. Tylko jakimś [życiem], nie mamy żadnego wpływu.

Komentarz. „Szklana łódź podwodna, której opadły wody” jest jedną z najlepszych metafor, jakie Lem zostawił, i nie jest przypadkowa. Opisuje dokładny mechanizm tego, co fenomenolodzy nazywali Lebenswelt: świat-otoczenie pisarza SF zostało wessane przez świat rzeczywisty. Fantastyka traci grunt nie dlatego, że jest nietrafna, lecz dlatego, że jest zbyt trafna, jej środowiska istnienia po prostu już nie ma. To pokrewne diagnozie, którą Jean Baudrillard formułował od „Symulakrów i symulacji” (1981) w innym języku: rzeczywistość pochłonęła reprezentację.

Pojęcie autokatalityczności technologii wprowadził Lem już w „Summa technologiae” trzydzieści pięć lat wcześniej. To jeden z tych terminów, które Dolina Krzemowa odkryła ponownie pod nazwą „technological singularity” (Vernor Vinge 1993, Ray Kurzweil 2005). Różnica jest fundamentalna: u Kurzweila autokatalityczność jest celem, u Lema, patologią. Bliżej Lemowi do Jacquesa Ellula („La Technique ou l’enjeu du siècle”, 1954), który argumentował, że technika nie służy człowiekowi, tylko sama sobie. Kazus United States v. Microsoft (1998–2001), o którym Lem mówi z bieżących gazet, jest dla niego ilustracją: nikt z aktorów tej sprawy nie wybrał systemowo monopolu, monopol wytworzył się jako produkt uboczny sprawności. To samo dotyczy ocieplenia klimatu, o którym wspomina chwilę potem, autokatalityczność jest u Lema zasadą jednoczącą oba zjawiska.

Patentowanie genomu: Lem reaguje z bezbronnym smutkiem, bez argumentów filozoficznych, bo niedopuszczalność tego zjawiska wynika ze zwykłej intuicji moralnej. Mówi w 1999, kiedy patenty na fragmenty BRCA1 i BRCA2 były wystawione przez Myriad Genetics i nikt ich jeszcze nie kwestionował. Dopiero amerykański Sąd Najwyższy w sprawie AMP v. Myriad Genetics (2013), czternaście lat później, orzeknie, że naturalnie występujący DNA nie podlega patentowaniu. Lem nie dożył tego wyroku, ale postawił diagnozę poprawnie z wyprzedzeniem.

7. „Człowiek najlepiej działa w strefie umiarkowanej” (32:00–37:00)

LEM: Powiedziałem [kiedyś], że człowiek jest istotą, która najlepiej działa i czuje się w strefie umiarkowanej: klimatu, produkcji, zarobków, życia. Niedobrze jest mieć [tylko] jednej pary butów, ale jeszcze gorzej, niedobrze [jest mieć dziesięciu tysięcy par]. Niedobrze [jest] zjeść obiadu i nie móc, [i] niedobrze jest, kiedy się musi zjeść codziennie 10 obiadów. Po prostu nie jesteśmy [stworzeni do skrajności]. Jesteśmy teraz zalewani głównie falami informacji, które już się przekształcają w rodzaj broni. Mówi się o tym, że przyszła wojna będzie [wojną] informacyjną.

BRAUN: Tutaj, zanim zaczęliśmy nagranie, pan tak mimochodem rzucił, że nie ma trzeciej drogi. [A teraz] proszę przypomnieć sobie taką diagnozę: niedobrze jest, kiedy ktoś ma 10000 par butów. Bardzo wielu naszych bliźnich polityków [z] takiej diagnozy natychmiast wnioskuje, że muszą przyjść bolszewicy i zabrać te 10000 par butów. Takie wnioski z takich diagnoz się wysuwa. Jak jest u pana?

LEM: Ja przeżyłem ładnych parę lat w Związku [Sowieckim] (znaczy we Lwowie, który stał się sowiecki), a potem [w] Polsce Ludowej. To ja nie jestem amatorem tego. Nie. Nie. Nie. Nie. Na żadne [takie rozwiązania].

Komentarz. „Strefa umiarkowana” jest u Lema Arystotelesowską mesotēs z „Etyki Nikomachejskiej”, przepuszczoną przez język cybernetyki Wienera, którą Lem opanował bardzo wcześnie: system działa najlepiej w zakresie homeostatycznym, poza nim się dezorganizuje. Sformułowanie ekonomiczne („nie mieć butów” / „mieć dziesięć tysięcy par butów”) nie jest tu więc moralizatorskie, jest diagnostyczne, w sensie cybernetycznym.

Braun, sprytny rozmówca, natychmiast wydobywa z tej formuły jej standardową konsekwencję polityczną dla XX wieku. Każda diagnoza nierówności w XX wieku produkowała w odpowiedzi rewolucyjnego inżyniera, który chciał ją wyrównać siłą. Bertrand de Jouvenel pokazał to systemowo w „On Power” (1945): demaskowanie nierówności prawie zawsze przekłada się na wzrost mocy państwa, niezależnie od intencji demaskującego. Lem mógłby odpowiedzieć teoretycznie, Hayek poświęcił temu sto stron w „Drodze do zniewolenia” (1944). Lem odpowiada empirycznie: ja tam byłem (Lwów 1939–41, Polska Ludowa 1945–82), nie polecam. Cztery „nie”.

Co tu jest metodologicznie najważniejsze, to rozdzielenie diagnozy od recepty. Można rozpoznać dysfunkcję bez zobowiązania do proponowania terapii, zwłaszcza terapii radykalnej. Polska publicystyka dwóch ostatnich dekad praktycznie utraciła tę zdolność, każda diagnoza musi mieć program, każdy program musi być totalny. Lem proponuje wariant skromniejszy: zdolność mówienia „to jest źle” bez automatycznego wymogu mówienia „a powinno być tak”. To jest postawa, której w polskiej kulturze politycznej brakuje od dawna.

8. „Bronię się przed komputerem, faksem, skanerem…” (40:00–42:00)

LEM: W kuchni jest jakiś taki robot. Robot to się nazywa. Telewizor też jest potrzebny. Tu jest wentylator, bardzo wskazany. Mam golarkę elektryczną, [trzy mam], dlatego że one bardzo źle golą. Wszystko, bez których na ogół można się obejść. A internet, no ja się broniłem przed komputerem, potem się poddałem. Potem broniłem się przed tym faksem, się poddałem. Potem broniłem się przed skanerem, przed [browserem], i broniłem się przed… No i mam teraz całego sekretarza, i rzeczywiście nie byłbym w stanie [bez niego]. Już nie potrafię, jak on pójdzie do domu, ja nie potrafię znaleźć listu. Nic, za dużo tego jest po prostu.

Ale sekretarz (jak zauważyłem) to humanoid? Nie, to jest człowiek. Ja nie wierzę. Nie, nie, nie. Ja w ogóle uważam, że kosztem jakichś, dajmy [na to], trzech miliardów dolarów udał się taki [gadget]. Ale przecież zwyczajna dziewczyna w białym fartuszku to by było o wiele tańsze. To nie kosztuje miliardów dolarów. Po jakiego dytka [diabła] komuś jakieś takie elektroniczne urządzenie, prawda, które do tego jeszcze może się odwinąć i dać w głębi [czaszki]. No więc nie. Ja uważam, że trzeba być ostrożnym z tym automatyzowaniem wszystkiego.

Komentarz. Ironia tej sceny jest warstwowa. Człowiek, który w „Summie” projektował fantomatykę i ewolucję protezowanego umysłu, sam pisze ostatnie książki (według własnego świadectwa) na maszynie do pisania i na komputer przechodzi opornie, w połowie lat 90., dopiero pod naciskiem wydawcy. Nie jest to luddyzm (Lem rozumie technikę jak nikt inny), tylko higiena epistemiczna: każde narzędzie zmienia pole, na którym pracuje umysł, i nie każdą taką zmianę warto przyjąć bezrefleksyjnie. To stanowisko bliższe Heideggerowi z „Pytania o technikę” (1953) niż dzisiejszemu tech-optymizmowi, choć Lem nigdy nie używał heideggerowskiej terminologii.

„Dziewczyna w białym fartuszku” jest formułowaniem zasady, którą Lem rozwijał w „Bombie megabitowej” pod nazwą logiki prestiżu w technice: znaczna część współczesnej innowacji nie służy efektywności, tylko spektakularności. Humanoid za trzy miliardy dolarów wygrywa konferencje prasowe i kursy giełdowe; sekretarka (w sensie ludzkim) wygrywa rachunek ekonomiczny. Lem mówi to w 1999, na długo przed Boston Dynamics, Sophią Hanson Robotics i Tesla Optimusem, ale problem identyfikuje precyzyjnie: technologia w wersji prestiżowej zjada zasoby, które mogłyby pójść w wersję funkcjonalną. To samo dotyczy zresztą całych segmentów dzisiejszej AI, większość pieniędzy płynie tam, gdzie demonstracja robi wrażenie na inwestorze, a nie tam, gdzie naprawia się problem.

Drugi wątek, łatwy do przeoczenia: „nie potrafię znaleźć listu, jak sekretarz pójdzie do domu”. To jest opisanie tego, co dziś psychologowie nazwaliby eksternalizacją pamięci, zjawiska zbadanego pierwszy raz przez Donalda Norma („Things That Make Us Smart”, 1993) i ponownie zaktualizowanego przy okazji telefonów, GPS-a i wyszukiwarek. Lem zauważa to w wieku 78 lat, w domu na Klinach, i ma świadomość, że sam już jest zinstrumentalizowany przez systemy, których nie chciał. Ten fragment jest właściwie autoportretem człowieka, który widzi, że stracił niezależność, i nie udaje, że jej nie stracił.

9. „Strugaccy nie dali mi rady” (44:00–47:00)

BRAUN: Hemingway podobno uważał pisanie na kacu za sprawdzian. Czy ma pan jakieś doświadczenia?

LEM: No, trudno powiedzieć, bo ja nigdy nie piłem tyle, żeby się upić. [Bo] mogę powiedzieć, że kiedy byłem [w gościach] u braci Strugackich, kolegów po [piórze], to oni usiłowali mnie zwalić z nóg przy pomocy gruzińskiego koniaku. I jak się jedna [butelka] opróżnia, to następuje jakieś takie zamotanie i już była następna pełna na stole. Ja się nie dałem. Było ich dwóch, ja byłem sam jeden. Ja znam dobrze rosyjski, więc chcę powiedzieć, że w takich pojedynkach wychodziłem dobrze.

Ale nie chciałem być [pijakiem], nie zależało mi na losie alkoholika, bo to nie jest miły los. Nie mówiąc oczywiście o wątrobie. Ale nie warto. Człowiek powinien potrafić bez żadnych używek i bez dopingu (czy to alkoholowego, czy jakiegoś kortykosteroidowego) robić to, do czego jest stworzony. Więcej nie potrzeba.

Komentarz. Scena wymaga osadzenia. Arkadij i Boris Strugaccy byli w latach 60. i 70. równoległym Lemowi światem SF, „Piknik na skraju drogi” (1972), sfilmowany przez Tarkowskiego jako „Stalker” (1979), to jeden z nielicznych tekstów SF, które Lem cenił bez zastrzeżeń. Lem znał rosyjski biegle (Lwów po 1939 był sowiecki), tłumaczył Strugackich na polski; spotkanie w Moskwie nie było turystyczne, tylko kolegialne. Trzeba też pamiętać, że Lem o swoim piciu mówi tu z autopromocyjną skromnością, w „Listach 1956–1978″ do Mrożka (wyd. 2011) pojawia się znacznie częściej w roli aktywnego uczestnika niż statecznego stoika.

Ciekawsze niż sama anegdota jest słowo, którego Lem używa: „w takich pojedynkach wychodziłem dobrze”. Nie spotkania, nie biesiady, pojedynki. Stosunek polski–rosyjski był dla Lema, lwowianina, ramą agonistyczną nawet w przyjaźni literackiej; dwóch Strugackich przeciw jednemu Lemowi to z perspektywy Moskwy układ liczbowy, z perspektywy Lema, pozycja honorowa, której nie wolno było stracić. Druga rzecz: Lem mówi o sobie jak o trzeźwym stoiku, ale jest jasne, że nie zawsze tak było. Słynne są jego listy z lat 60. do Sławomira Mrożka, w których donosi o nocach przepijanych z aktorem Stanisławem Mrozewskim czy z Janem Józefem Szczepańskim. Stoicyzm, który tu deklaruje, jest stoicyzmem nabytym, i to też jest ciekawy element jego późnej autoprezentacji.

10. „Philip K. Dick uważał mnie za agenta KGB” (47:00–50:00)

LEM: Mogę się [pochwalić, że] miałem kontakt z Philipem K. Dickiem, bardzo spóźniony, bo już byłem starym koniem, jak zacząłem czytać Philipa Dicka. Bo wcześniej bardzo pogardzałem science fiction.

BRAUN: Czy pan mógłby ponaglać tych, co to jeszcze nie rozumieją, że to jest warte czytania? Czy pan namawia na Philipa [Dicka]?

LEM: Mi się zdaje, że nawet towarzysz Stalin razem z całą swoją kliką nie potrafił doprowadzić do sytuacji, w której ludzie musieli czytać to, co im on [kazał]. Z przymusu być nie może, ludzie czytają tylko wtedy, kiedy chcą. Ja akurat, tak się złożyło, że mój syn tłumaczy teraz jedną, bo fizykę tłumaczy teraz, jedną z późniejszych powieści [Dicka]. Ale ja się nie podejmuję chodzić po ulicach z transparentem.

[Dick] był po prostu niezmiernie oryginalną umysłowością, tylko był bardzo nierówny. On dawał świetne [rzeczy], mimo takich zapaści po prostu. Ale to było wywołane niestety jego osobistą biografią, która [była] niewesoła. [Uznał mnie] za starego agenta KGB, i że ja razem z moim agentem wiedeńskim i jeszcze z profesorem jednym Amerykaninem stanowimy taki trójkąt, który dąży do rzucenia Stanów Zjednoczonych na kolana. Ale to było już w jego późnych latach, kiedy on miał trochę przekręcone w głowie. Ja naprawdę nie byłem [agentem]. Czy te listy są, ta korespondencja z Dickiem? Pisał coś takiego, no, mam taką gdzieś, nie wiem gdzie, taką ogromną stertę listów od Dicka. Nie, nie tylko do mnie, przede wszystkim do jego znajomych. I do jego, częściowo do tych, którzy [usiłowali pokazać], że Lem nie jest [jedną osobą]. Jak to się [nazywa], Trójcą KGB-owską. Bo on sądził, że ponieważ ja piszę w różnych stylach, to mnie musi być wielu, i że ja się w ten sposób [maskuję]. To były z jego strony takie zwidy.

Komentarz. Historia jest znana, ale jej geometria jest rzadziej rekonstruowana. Lem napisał o Dicku w 1975 esej „Science Fiction: niemożność i wyjątek” (po angielsku w „Science Fiction Studies”, przedruk w „Microworlds”, 1984), był to jeden z pierwszych poważnych krytycznych tekstów o Dicku w ogóle, na długo przed jego późniejszą kanonizacją. Dla Dicka, ignorowanego wówczas przez krytykę głównonurtową, był to jedyny poważny głos uznania ze świata literackiego, i pochodził, na ironię, zza żelaznej kurtyny.

2 września 1974 (w środku tzw. epizodu „2-3-74″, z którego wyrosną później „Exegesis”, „VALIS” i cała późna teologia Dicka), Dick napisał do FBI list, w którym ostrzegał, że „Stanisław Lem” jest fasadą zbiorowego pseudonimu kolektywu agentów KGB, zaprojektowanego do penetrowania amerykańskiej kontrkultury. Argument Dicka był taki: skoro Lem pisze w różnych stylach (od „Solaris” przez „Cyberiadę” po „Doskonałą próżnię”), to nie może być jedną osobą. List został później opublikowany przez Lawrence’a Sutina w biografii „Divine Invasions” (1989) i jest dziś częścią legendy Dicka.

Geometria całej sytuacji jest niemal symetryczna: Lem dał Dickowi najpoważniejszą krytyczną legitymację, jaką ten dostał za życia, Dick odpłacił mu donosem do federalnych. A Lem, mówiąc o tym ćwierć wieku później, używa formuły „miał trochę przekręcone w głowie”, bez urazy, z perspektywy człowieka, który wie, że paranoja u Dicka była funkcjonalnie tożsama z jego metodą literacką: ten sam aparat percepcyjny, który produkował „Ubika” i „Płyńcie łzy moje, rzekł policjant”, produkował też list do FBI. Odjąć paranoję, odjąć Dicka. Lem to rozumie, dlatego nie ma do niego pretensji. To bodaj najbardziej wielkoduszne zdanie wywiadu.

11. „Książka bez czytelnika jest stosem zadrukowanego papieru” (50:00–55:00)

LEM: Pisarze nawet nieźli przychodzą i odchodzą. Mało kto może się oprzeć tej nieuchronnej erozji, którą czas jakoś wtłacza w niebyt poszczególne dzieła i poszczególnych autorów. To jest bardzo smutne. Ale na frontonie lwowskiej politechniki był napis: „Hic mortui vivunt”, i wiem, po to, żeby książka ożyła z martwego [kamienia], musi być czytelnik. Bez niego książka jest niczym, stosem zadrukowanego papieru. I tak jest z tymi najwybitniejszymi dziełami, o których się mówi, że to słynne, że Gilgamesz. Kto czyta Homera dzisiaj? Kto czyta Gilgamesza? To się tylko wykłada na uniwersytecie.

[…] Mam więcej ściąga na moją biedną głowę książek i pism naukowych, niż jestem w stanie pochłonąć. Dlatego tutaj leżą numery pism sprzed tygodni, których [w ogóle] nie otworzyłem. Tylko się patrzy ze strachem, czy broń Boże jakieś nowe odkrycie nie zostało dokonane. Bo teraz nauka polega nie tylko na [tym, że] trzeba się nauczyć, ale przeważnie trzeba przeuczyć [się].

[Stephen Hawking napisał] „Krótką historię czasu”, a w niej jest takie zdanie: „Moim zdaniem czas nie miał początku”. I [Hawking] dodał: „Przykro mi, że [tymi] słowami niestety sprawię przykrość papieżowi”. No, więc ja sądzę, że papież się tym specjalnie nie przejmie. Ale jest bardzo wiele, jest okropnie jakieś takie rozplemnienie tych teorii i hipotez naukowych, po prostu dlatego, że jest coraz więcej uczonych i każdy chce jakoś rozbłysnąć jak gwiazda. Ale niestety spadające gwiazdy błysną, szybko gasną. I taki jest los olbrzymiej większości utworów literackich. A jeżeli coś jest, na przykład tak jak w moim przypadku, objawem jakiegoś mimowolnego prekursorstwa, to potem, jak to już wszyscy o tym wiedzą, [mówi się] „Amerykę odkrył”, prawda, bo to już od dawna wiadomo. Że (no) pewno teraz nie jest to klonowanie. No to jest taka owca, [Dolly] się nazywa, prawda. Nie ma o czym mówić. W ogóle na razie klonuje się myszy, to się będzie klonować [więcej]. To nie wolno się przyzwyczajać.

I tak dalej. Mnie ten potok [nie] pokoi, i staram się nie współdziałać w rozpęt[yw]aniu tej (prawda) przybierającej informacyjnej fali, która zmierza do jakiegoś potopu. Ale Herkules contra plures, nic na to poradzić nie mogę.

Komentarz. „Hic mortui vivunt” (tu martwi żyją) to napis, który Lem mijał codziennie jako gimnazjalista, idąc obok gmachu Biblioteki Politechniki Lwowskiej. Cytując ją w finale wywiadu, robi dwa ruchy naraz: przywołuje genius loci swojego wykształcenia (Lwów lat 30. jako miasto matematyków i fizyków: Banach, Steinhaus, Ulam, krąg Szkoły Lwowsko-Warszawskiej) i jednocześnie tę formułę natychmiast podważa. Martwi żyją tylko wtedy, kiedy żywi czytają. Lem rozumie, że jest na liście rzeczy, które przejdą do bibliografii i znikną z lektury.

Stanowisko ma swoją dłuższą historię. Borges w „Pierre Menard, autor Don Kichota” (1939) argumentował, że tekst istnieje w akcie lektury, nie w akcie zapisu. Hans-Georg Gadamer w „Prawdzie i metodzie” (1960) wyciągnął z tego konsekwencje hermeneutyczne. Lem mówi to samo, ale w trybie melancholijnym: akty lektury skracają się i specjalizują, klasyka „wykładana na uniwersytecie” to klasyka już martwa. Hawking, którego Lem cytuje z „Krótkiej historii czasu” (1988), sprzedanej w dziesięciu milionach egzemplarzy, choć słynna jest hipoteza, że ukończyła ją mniej niż jedna piąta nabywców, jest tu przykładem pokrewnym: pisarz idei, którego idee przechodzą do obiegu jako sentencje, podczas gdy tekst zostaje na półce.

„Herkules contra plures”, Herakles przeciw wielu, formuła zaczerpnięta z mitologii i używana m.in. w korespondencji Mickiewicza, to deklaracja rezygnacji bez kapitulacji. Lem widzi falę, wie, dokąd idzie, wie, że nie zatrzyma. Ale rezygnuje z aktywnego współudziału: „staram się nie współdziałać w rozpętywaniu”. To jest minimalna etyka pisarza, do której Lem dochodzi w wieku 78 lat. Jeśli nie umiesz powstrzymać potopu, przynajmniej nie dolewaj. To pozycja bardzo bliska tej, którą Czesław Miłosz formułował w „Ziemi Ulro” (1977), różnica jest taka, że u Miłosza była ona zakotwiczona religijnie, u Lema jest świecka i wynika z czystego rachunku epistemicznego.

Co z tego wyciągnąłem

Po obejrzeniu wywiadu zostały mi w głowie cztery rzeczy.

Pierwsza: Lem nie był pesymistą, był realistą zmęczonym własną trafnością. Wszystko, co przewidział (fantomatyka, autokatalityczność techniki, patentowanie biologii, informacyjne tsunami) nie tylko się spełniło, lecz spełniło się w najtańszej z możliwych wersji. To nie jest typowy los futurologa, którego intuicje nie wytrzymują próby czasu; to jest los kogoś, czyje intuicje były precyzyjne, ale wybrane przez rynek selekcyjnie. Można to ująć kontrintuicyjnie: ostatnie trzydzieści lat było katastrofą Lemowską nie dlatego, że Lem się mylił, tylko dlatego, że nie.

Druga: Lem trzyma trzy domeny rozdzielnie (naukową, religijną i rynkową) i odmawia używania którejkolwiek z nich jako waluty rezerwowej dla pozostałych dwóch. „Nie watuje się religią dziur naszej ignorancji” jest najbardziej znanym sformułowaniem tej zasady, ale ona działa w obie strony: nie watuje się też dziur ignorancji rynkiem („to ma model biznesowy, więc jest prawdziwe”) ani religią nauki („to jest naukowe, więc jest dobre”). Mieszanie tych trzech rejestrów jest dziś standardową techniką publicystyki, Lem uczy je rozdzielać.

Trzecia: rezygnacja jest formą etyki. „Potem zaczęło mi się wydawać, że już trochę słabiej umiem, i przestałem” jest w polskiej kulturze literackiej zdaniem niemal niewypowiadalnym. Pisarz pisze do końca, polityk rządzi do końca, publicysta felietonuje do końca, akademik publikuje do śmierci. Lem mówi: nie. Można przestać. Można nie współdziałać. To jest postawa, której nie da się sprowadzić do skromności, jest to postawa epistemiczna, oparta na samowiedzy, że dalsze produkowanie tekstu byłoby produkcją szumu.

Czwarta, i najmocniejsza dla mnie: Braun jako rozmówca. Dzisiejszy obraz Brauna jest tak silnie zdominowany przez ostatnią dekadę jego biografii politycznej, że łatwo zapomnieć, jakim był reporterem-portrecistą. W tym wywiadzie naciska Lema dwukrotnie w sposób, który innym rozmówcom nie wychodzi: pytaniem o nieracjonalność dalszego mówienia („chce się panu gadać do ludzkości, której pan nie ceni”) i pytaniem o bolszewicki test diagnozy nierówności. Bez tych dwóch pytań Lem powiedziałby mniej. Można nie zgadzać się z dzisiejszym Braunem, a jednocześnie uznać, że ten konkretny dokument istnieje dlatego, że tamten Braun istniał. To jest fakt warty zapisania niezależnie od reszty, i właściwie cały sens tej notatki polega na tym, żeby ten fakt nie zginął.

Polecam całość.

🎥 Wywiad: https://www.youtube.com/watch?v=37K-P77tZXo

📺 Producent: Cross Films, Dorota Myszczyńska, Marek Myszczyński, dla „Telewizyjnych Wiadomości Literackich”